2010-10-06 01:04:28 >> Pakistanskie slodkosci. Taekwondo. Aromatyczna kapiel i 'okresowe' rozmyslania.

Miala byc uduchowiona notka, a zostal tylko sensowny tytul. 

Moj tata wyjechal, a z naszych wojazy pozostalo mi opakowanie pakistanskich slodkosci, na ktore nalegal moj tata. Ostrzegalam, ze to czysty cukier i  jest to prawie nie zjadliwe, ale w koncu kupilismy rozne roznosci, ktorych nazw nawet nie znam. Takie to 'dobre', ze wlasnie mi zostalo ^^ Ja nie wiem z czego oni robia te slodycze. Sa prawie tak samo 'smaczne' jak finski salmiak- kto jadl (Madz?) ten wie ;D 

Taekwondo to druga mysl dnia dzisiejszego. Postanowilam, ze zrobie COS ze soba i poszlam na darmowa sesje taekwondo, ale nie wiem czy mi sie podoba czy nie. Dla mnie rozgrzewka za dluga (a jezyk wisial mi do samej podlogi), zadne konkrety. Moze dlatego, ze jest za duzo ludzi, a moze dlatego, ze za darmo? Jutro rano z otwartymi ramionami przywitaja mnie zakwasy, bo od dawna sie tak nie wyginalam- nawet pilates przy tym wymiekl. 

Pomysl na tzw jutro: belly dance! 

Mysl przypadkowa:
Trafil mi sie artykul na temat kobiecego okresu i podejscia roznych kultur do tematu. To wbrew pozorom dosyc interesujacy temat. W kulturze ortodoksyjnej-zydowskiej mezczyzna nie moze sie dotykac do kobiety przez 14 pelnych dni a potem nastepuja rytualna kapiel w synagodze (kobieta byla nieczysta, a potem nastepuje seks, ale to juz inna para kaloszy). Nie wiem jak to do konca wyglada w islamie, ale chyba mniej rygorystycznie niz u Zydow. 
A u nas? Biorac pod uwage artykul, ktory czytalam to roznie bywa. Czasem az ciezko uwierzyc w jakim stresie zyja kobiety, ze zyja z poczuciem nieczystosci czy wstydu... A jestesmy w Europie i mamy XXI wiek... 


No i koniec dnia zwienczony aromatyczna, slodka kapiela z piana ;) relaks przy akompaniamencie... Kosci naturalnie =) 6 sezon zawital u mnie na dobre. 


Mialo byc ladnie i poetycko, wyszlo grafomansko.

Witajcie w moim swiecie :) 



skomentuj (0)




2010-10-06 01:01:00 >> Pakistanskie slodkosci. Taekwondo. Aromatyczna kapiel i 'okresowe' rozmyslania.

Miala byc uduchowiona notka, a zostal tylko sensowny tytul. 

Moj tata wyjechal, a z naszych wojazy pozostalo mi opakowanie pakistanskich slodkosci, na ktore nalegal moj tata. Ostrzegalam, ze to czysty cukier i  jest to prawie nie zjadliwe, ale w koncu kupilismy rozne roznosci, ktorych nazw nawet nie znam. Takie to 'dobre', ze wlasnie mi zostalo ^^ Ja nie wiem z czego oni robia te slodycze. Sa prawie tak samo 'smaczne' jak finski salmiak- kto jadl (Madz?) ten wie ;D 

Taekwondo to druga mysl dnia dzisiejszego. Postanowilam, ze zrobie COS ze soba i poszlam na darmowa sesje taekwondo, ale nie wiem czy mi sie podoba czy nie. Dla mnie rozgrzewka za dluga (a jezyk wisial mi do samej podlogi), zadne konkrety. Moze dlatego, ze jest za duzo ludzi, a moze dlatego, ze za darmo? Jutro rano z otwartymi ramionami przywitaja mnie zakwasy, bo od dawna sie tak nie wyginalam- nawet pilates przy tym wymiekl. 

Pomysl na tzw jutro: belly dance! 

No i koniec dnia zwienczony aromatyczna, slodka kapiela z piana ;) relaks przy akompaniamencie... Kosci naturalnie =) 6 sezon zawital u mnie na dobre. 

Mialo byc ladnie i poetycko, wyszlo grafomansko.

Witajcie w moim swiecie :) 



skomentuj (0)




2010-09-05 01:46:29 >> O tym, i o tamtym.

Hello.

Dzieki rozmowie z pewna Pania Paulina stwierdzilam, ze moze czas reaktywowac moje dziecko. 
Nie zebym miala tak naprawde czas czy potrzebe, ale warto sprobowac. 

Ja pamietam jak zaczynalam- byly konkursy na blogach, avatarki, robienie szablonow i inne slitasne rzeczy. Dzisiaj blogi sluza do pisania madrych rzeczy, do opowiadania historii swojego zycia albo do debat politycznych.
Gdzie sa te stare dobre blogi, gdzie czlowiek pisal jak spedzil dzien, tak zwyczajnie, i codziennie? 

Az sie boje przeczytac moje pierwsze notki- a co jesli okaze sie, ze od momentu powstania (wrzesien 2003) nie wydoroslalam, nie zmienilam sie i jestem dalej (?) infantylna? 

Na razie tyle.

Pozdrowienia dla wyzej wymienionej Pani :D 

Ola 



skomentuj (6)




2010-09-05 01:36:22 >> :)

notkaaaa


skomentuj (0)




2010-04-29 22:41:06 >> Czasem...

...śni mi się mój Ponkus. Moja Santysia. Jeszcze jakiś czas temu bardzo przeżywałam te sny, teraz jest lepiej.
Niestety we śnie mam świadomość, że moja Antysia nie żyje i cieszę się każdą chwilą, kiedy mogę się z nią pobawić- nawet jeśli ta chwila jest wytworem mojej podświadomości.

Mam wyrzuty sumienia. Nie odwiedzałam jej grobu od dawna, a byłam w Polsce miesiąc. Nie, nie dlatego, że zapomniałam a dlatego, że nadal nie umiem skonfrontowac uczuć z rzeczywistoscia.
Nadal nie umiem ogladac spokojnie zdjec, chociaz ona nie zyje prawie 2,5 roku. Boze, jak ten czas leci, a jak ran nie leczy.

Tak sobie mysle, ze skoro tak przywiazalam sie do mojej Santysi, ktora byla poczciwym psiunem, to co bym zrobila gdyby odszedl bliski mi czlowiek? Piekielnie boje sie, ze moge stracic rodzicow, a potem w kolejnosci siostre, babcie... Chyba dlatego ograniczam sie do kochania niezbednego minimum- wizja utraty najblizszych mi 4 osob jest straszna, wiec po co dokladac 5 czy 6 osobe? (np. maz i dziecko?).


O.


skomentuj (1)




2010-01-12 16:11:58 >> ;-)

:)

jadę do domuuuu!


skomentuj (0)




2009-09-08 21:44:59 >> Parę słów.

Hej,

dawno mnie tu nie było, ale jak to się mówi: nie miałam czasu.
Wiesz M, jak człowiek nie pamięta jak się nazywa to i notki nie napisze :) stąd sztuczne podtrzymywanie mojeg bloga :D na notkach o treści "notka".

Nie będę streszczać ostatnich trzech miesięcy, bo to bez sensu, ale konkluzja będzie taka: 10 razy się zastanowię zanim zdecyduję się na dziecko. Dzieci to dużo pracy, cierpliwości, mało czasu i w efekcie zanik osobowości. I zamiast pod nosem nucić jakąś znaną melodię człowiek podśpiewuje "if you are happy and you know it clap your hands" :) Ew. dla odmiany "head and shoulders, knees and toes, knees and toes" i tak dalej. Niemniej, dużo się nauczyłam- o sobie i o dzieciakach. (Nie)stety nie powiem, że odkryłam w sobie instynkt macierzyński, bo tak nie jest. Raczej wiem, że mam w sobie mechanizm, które jak się naoliwi to funkcjonuje całkiem nieźle, ale to chyba za mało, żeby zostać dobrą matką (ja nawet nie jestem dobrą córką...).

Od piątku jestem w Polsce. Chciałoby się powiedzieć "jak dobrze", ale świadomość tego, że to tylko "wakacje" czy odpoczynek między jedną podróżą a drugą, nie pozwala mi się w pełni cieszyć z domu i tego, co mam. Ja już tęsknię. Łzy mi w oczach stają jak pomyślę, że czas się usamodzielnić, wziąć wgarść, że czas dorosnąć, że czas wyjechać z rodzinnego, bezpiecznego domu :( Kłamać nie będę: sama podjęłam taką decyzję wiele lat temu, teraz tylko kontynuuję moje plany. Nikt mi nie każe jechać na drugi koniec Europy w poszukiwaniu szczęścia, ale na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie go znaleźć w Polsce (chociaż rodzina to mój największy skarb... ale kiedyś trzeba wyfrunąć z gniazda) dlatego wyruszam w świat...
Przy okazji chcę spełnić jedno z największych marzeń. Chcę sprawić, żeby moi rodzice byli dumni ze mnie. Z tego, co udało mi się osiągnąć, z tego co robię. Żeby któregoś dnia mogli powiedzieć, że ich dziecko jest dobrym prawnikiem.

Trzymajcie za mnie kciuki :-)


skomentuj (2)




2009-06-22 02:24:05 >> notka

notka


skomentuj (2)




2009-04-02 17:01:38 >> Ciepło, cieplej, gorąco.

Edycja:
Oj wzięło mnie na słodkości- tj. na robienie, bo ja jestem cały czas na diecie ;)
Wczoraj zrobiłam cudne czekoladowe kuleczki z żurawiną (przepis wzięłam od Asi, link poniżej), ale przepis trochę zmodyfikowałam.

A zatem:
80g ciastek, np. mleczne lu petitki
200g mlecznej czekolady
1/3 szklanku cukru pudru
garść żurawin (ale ile kto lubi)
ok. 75g masła
wiórki kokosowe
foremki do babeczek

Czekoladę i masło należy rozpuścić. Żurawinę pomieszać z cukrem pudrem. Ciasteczka rozkruszyć (ja drewnianym tłuczkiem rozkruszyłam je na maksa- tak bułka tarta).
Żurawinę pomieszaną z cukrem pudrem dodać do ciasteczek i ładnie wymieszać. Potem tę mieszankę wrzucić do garnka z rozpuszczoną czekoladą i masłem- pożądnie wymieszać.
Potem rozsypać wiórki na blat/tackę, uformormować z uzyskanej powyżej mieszanki kuleczki i obtoczyć w wiórkach (tak, mieszanka jest gorąca, ale da się wytrzymać). Kuleczki wsadzić do foremek (chociaż w sumie nie trzeba, ale tak prościej to przechowywać). Na koniec wsadzić do lodówki- ale nie należy trzymać za długo, bo się zrobią... kuleczki zlodowaciałe.

Naprawdę pycha (tzn. z tego, co próbowałam, bo czekolady mi nie wolno).
-------------------------
A dzisiaj zrobiłam muffiny bananowo-kokosowe (przepis pochodzi z bloga http://arabeskawaniliowa.blogspot.com/):

1 i 1/4 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
2 dojrzałe banany (lepsze dojrzałe, bo słodsze. powinno być ok. 3/4 szklanki, ale może być cała)
10 dag masła (z masłem proszę uważać, żeby babeczki nie były tłuste)
2/3 szklanki cukru (jeśli banany nie są dojrzałe, tylko świeże proponuję dodać troszkę więcej cukru)
1/2 łyżeczki wanilii (ja dodałam po prostu łyżeczkę cukry waniliowego)
1 duże jajko
ok. 1/2 szklanki wiórków kokosowych (dodajemy je do ciasta, może być więcej- co kto lubi) i 1/4 szklanki wiórków na posypkę

Miska nr.1:
Mąka, proszek do pieczenia i sól. Wymieszać.

Miska nr.2:
Roztrzepać jajka z cukrem, rozgniecionymi bananami (!!!), wanilią (cukrem waniliowym), 1/2 szklanki wiórków i roztopionym (ostudzonym) masełkiem. Wymieszać.

Połączyć zawartość miski nr. 1 i nr.2, wymieszać w miarę przyzwoicie ;)
Rozłożyć do foremeczek, posypać wiórkami (te 1/4). Piec w temp. ok 180 stopni przez ok. 20 minut (należy obserwować je, żeby góra nie upiekła się zbyt mocno, bo będzie troszkę za twarda).
Ja robiłam w piekarniku elektrycznym, więc czas pieczenia i temp. moga być nieco inne niż te przeze mnie podane (np. gdy piecze się w piecyku gazowym).

Smacznego :))))


Nareszcie zrobiło się ciepło, a raczej cieplej. Jest słonecznie, sucho i chce się żyć. Brakowało mi słońca, które ogrzewa mnie na nudnym polskim ;) I mogę zrzucić kilka warstw ubrań, nie noszę czapki, która zrujnowała mi włosy =)
Dostałam maila z uniwerku, że niedługo podejmą decyzję. A ja znam odpowiedź. Na jakiej podstawie mają zaoferować mi miejsce? Boje się, że dowiem się o tym przed samą maturą i zejdą ze mnie wszystkie siły, i zawalę maturę. Jak się nie dostanę na semestr jesienny, to może na wiosenny. A jak nie to zrobię roczną przerwę i spróbuję jeszcze raz.
Najgorsze jest to, że to nie zależy w sumie od mojej matury czy się dostanę... Tylko chwilowo od ocen na semestr- a ja nigdy o oceny nie dbałam- w gimnazjum olewałam to równo i jak się okazało słusznie, bo osiągnęłam ładne 86% z gimnazjalnego. Wierzę, że tym razem dobry Bóg zlituje się nade mną i da mi szansę. Inshallah.

A ja chciałabym polecić blog http://ugotujmy.blogspot.com/
Przepisy są cudne i łatwe. O ile ktoś umie robić cokolwiek, bo ja zrobiłam kuleczki z żurawiną i wiórkami... no nie wyszły mi ;) Za mało czekolady, za dużo ciastek i chyba za dużo masła w tym wszystkim, bo wyszły mi koszmarnie tłuste od spodu- dosłownie ciekło...
Zrobiłam też sernik (przepis na opakowaniu) i jakimś cudem spieprzyłam. Tzn. wszystko OK, ale za bardzo nasączyłam biszkopty.
Dobrze, że chociaż yerbę umiem zaparzyć.

Trochę od rzeczy to wszystko, ale takie jest moje życie. Nic się kupy nie trzyma.
Jutro spróbuję po raz drugi zrobić te babeczki o ile nie zjedli ciastek digestive ;D


Buziaki.

Słoooońce !



skomentuj (3)




2009-03-16 23:17:53 >> Krok po kroku, byle do przodu.

Ostatnio coś mnie natchnęło: "a może reaktywować bloga?"- no ale jak? On żyje cały czas. Może po prostu będę tu częściej pisać. Jakoś, bardziej do siebie. Dla siebie.

Gdybym powiedziała, że czas się niemiłosiernie wlecze, dni są takie same i wszystko rozciąga się w nieskończoność to skłamałabym. Jest wręcz przeciwnie. Dni mijają mi błyskawicznie- ledwie wstanę z łóżka, a już do niego wracam. Nie nadążam, a co gorsza dzień ma tylko 24h. Właściwie, no niech ma te swoje 24- to nawet dużo, jeżeli pominiemy sen, korzystanie z komunikacji miejskiej i instytucje takie jak szkoła. No bo nie ma co się oszukiwać, że chodzenie do szkoły pożera czas. Dużo czasu, za dużo. Wiecie ile rzeczy można w tym czasie zrobić? I bynajmniej nie mówię tu o leżeniu do góry brzuchem (chociaż to też chętnie bym porobiła) ale o czynnościach, na które nie ma czasu, na których nie można się spokojnie skupić w ciągu tygodnia, bo trzeba zrobić coś innego- oczywiście do szkoły. O ironio.

Pyt. Czy ktoś wie, co zrobiłabym, gdybym była "masochistką"?
Odp. Policzyłabym dni do matury.

Wypowiedziałam wojnę sama sobie. O co walczę? Niespodzianka! O siebie.
 Może wreszcie w tym roku dopnę swego- jeżeli mi się nie uda, to wybuchnę, bo jest we mnie nadmiar emocji i jakiejś dziwnej żądzy.

Przerażam sama siebie.

Parafrazując: "Naprawdę jaka jestem- nie wie nikt"

03.25.09

Postanowiłam zmienić "look" mojego bloga. Żeby było kobieco, ale nie wulgarnie, żeby nie obrażało kobiet- jak to robią niektóre layouty.
Wybrałam ten, który widać, ale myślałam też o tym: http://img.blogowicz.info/zycie/love_myself/love_myself.html

Chciałabym, żeby ta strona ożyła, a z drugiej strony wolałabym, aby to był mój pamiętnik i mogły tu wchodzić wybrane osoby a nie byle kto i przypadkiem.  Dodałam też hasło do archiwum- tak na wszelki wypadek. Za bardzo kocham tego bloga i zbyt wiele uczuć tu przelałam, żeby to skasować. A jak mówiłam nie chcę aby każdy sobie to czytał. Ot co.
Zobaczymy.




skomentuj (5)


Szablon wykonany przez Asię dla Szablony.Blogowicz.Info.
Zdjęcia pobrane z Foto_Decadent
Wszelkie prawa zastrzeżone! Wspierane przez Blog & instrukcje na bloga

Linki

Odwiedzam:
Nakarm psa!
Agata Midura i jej przebieranki
PoCo
Życie w Turcji
Islam i życie w ZEA :-)
Asiejka w kuchni

Było, minęło, ale pozostało w pamięci


Archiwum niedostepne.